Hodowla domowa vs. Profesjonalna hodowla psów
O tym, jaki wybór jest „bardziej poprawny moralnie” oraz o tym, czy hodowla profesjonalna to zło kynologii…
Czy to normalne, że są hodowle, gdzie nie ma weteranów?
„Czy to normalne, że są hodowle, gdzie nie ma weteranów?” – takie pytanie padło anonimowo na jednaj z grup dyskusyjnych okołokynologicznych. Już zresztą nie pierwszy raz, bo takie pytania pojawiają się regularnie i ludzie, wspólnie z hodowcami, dyskutują na temat etyki hodowlanej i własnych „idealnych wizji tego świata”. Notabene także na tym blogu pojawił się już dosyć dawno artykuł traktujący poniekąd problem wielkich hodowli – choć wtedy temat rozpatrywany był pod kontem tego „Ile psów powinno być w hodowli?” .
Tymczasem teraz trochę inaczej – jak to jest z tymi weteranami w hodowlach, kto je trzyma, a kto nie i o czym to świadczy?
Generalnie, z poziomu Hodowcy, widzę świat kynologiczny podzielony na dwa równoległe półświaty, trochę się ze sobą zazębiające, ale jednak stanowiące odrębne nisze i odrębne wymiary, w których funkcjonują Hodowcy i ich psy. Przybliżmy to.
Hodowla profesjonalna
Czym jest ta „normalność” w zarządzaniu hodowlą psów, o którą pytał Gal Anonim ? To zdecydowanie pojęcie względne, a jego postrzeganie zmienia się zależnie od punktu siedzenia obserwatora względem osi Ziemi.
Wielu Hodowców w dyskusji zarzekało się, klnąc na matkę babkę i Wszystkich Świętych, że oni to takich Hodowców, co to mają ogromne kennele nie trawią i nigdy by tak nie mogli hodować. Ano i na pewno od nich psa by nie kupili. Bo jak hodować to tylko po domowemu.
Hodowcy o tym wiedzą, ale być może z poziomu laika nie jest to takie oczywiste, jednakże musicie zdawać sobie sprawę, że są ludzie, którzy podchodzą do hodowli psów rasowych bardzo zootechnicznie, a wręcz naukowo. Dla takich ludzi hodowla jest jak firma, czyli jest optymalizacja zysków, minimalizowanie kosztów, praca nad rodowodem, nieustanne promowanie swoich osiągnieć, którymi są młode psy wystawowe – a nowe osobniki wystawowe z przydomkiem tej hodowli pojawiają się na ringach nieustannie, bo jest duża baza liczbowa hodowanych zwierząt i co za tym idzie potężna produkcja szczeniąt. A duża liczba rodzących się w hodowli szczeniąt, siłą samej statystyki, musi przełożyć się na równie dużą ilość sukcesów wystawowych, utytułowanych i znanych egzemplarzy hodowlanych.
Można takich hodowli nie lubić i często hodowcy domowi pod nosem marudzą na tych gigantów, z samej chociażby zazdrości.
Bo prawda jest taka, że znakomita większość z tych obnoszących się ze swoją pogardą dla wielkich kenneli hodowców, prędzej czy później importuje do Polski psy właśnie z takich molochów.
Dlaczego? Bo chcą szczenię z wypracowanej linii hodowlanej, chcą szczenię, które będzie jak kopia dziadków, rodziców, ciotek i wujów, a także chcą tej „renomy” wielkiej hodowli, której przydomek tak często widzą w katalogach wystawowych.
A to już jest hipokryzja – a na hipokryzję mam sowitą alergię, straszny mam odczyn alergiczny po niej. Ręce mnie świerzbią i głowa puchnie, a w nozdrzach czuję zapach zgnilizny moralnej…
Hipokryzją jest, gdy Hodowcy chwalą się „domowością” swojej hodowli, podkreślając silnie jak to nieetyczne jest hodowanie psów w dużych kennelach, nawet w najlepszych warunkach zootechnicznych, bo przecież „wtedy to już nie są hodowcy tylko rozmnażacze” , a w międzyczasie sami importują do Polski psy z największych kennelowych chówów Europy i Świata, by następnie bez ogródek chwalić się doskonałym nabytkiem i „znanym przydomkiem”.
Ale jest też inny wymiar hodowania, przeciwległy biegun tych wielkich kenneli, do którego ciągnie wielu z Was, bo chcecie mieć pewność, że psy żyją w hodowlach, tak jak żyją w Waszych prywatnych domach…
Hodowle domowe

Są też – i akurat w Polsce jesteśmy w znakomitej większości – Hodowcy, którzy nie chcą psów w kennelach, nawet w świetnych warunkach zootechnicznych, bo po prostu ich to „nie kręci” . Wolą mieć kilka psów, w rozsądnej ilości, tak żeby było znośnie, gdy wszystkie luzem biegają po domu i po ogródku. Szczenięta „są bo są”, tzn. pojawiają się co jakiś czas, bo przecież nasze psy się starzeją a linię hodowlaną trzeba przedłużyć, ale nie są to mioty nieustanne, bo dla Hodowcy odchowującego szczenięta bez kenneli, każdy miot to spore zniszczenia domu i ogrodu, w zasadzie dewastacja wszystkiego (szczególnie przy większych rasach) i kuuuuupa roboty (w przenośni i dosłownie). Brak kojców do odchowu to spore utrudnienie i na pewno częściej mioty mają Ci, którzy wypracowali w tej materii jakiś „złoty środek”.
Z drugiej jednak strony to właśnie ten odchów szczeniąt „po domowemu”, gdzie szczenięta są jak „dziecięta”, przyciąga pewną niszę ludzi – ludzi, którzy szukają hodowli w stylu „żeby było jak u babci„, z sercem i słodyczą, gdzie psy są odchowywane niczym ludzie – nieprzypadkowo, bo tacy Nabywcy często sami traktują swoje psy jak „psieci„.
Takie Domowe Hodowle to często przydomek znany bardziej lub mniej – bo choćby i były tam psy wysokiej klasy, to zgniata je statystyka liczbowa i siłą rzeczy taki przydomek hodowlany ma znacznie mniejszą siłę przebicia w środowisku kynologicznym, niż wielokrotnie pojawiający się na licznych wystawach przydomek wielkiego kennelu.
Mimo to są przecież Domowe Hodowle, które przebiły się i są znane, mimo że liczba rodzących suczek jest ograniczona i na szczenięta od nich trzeba poczekać.
Są pewne furtki, które pozwalają nam Hodować tak na „pół gwizdka”, tak jak lubimy, bez pełnoetatowych pracowników do opieki nad stadem, odchowu miotów, bez licznych kojców, miotów cały czas i dużej liczby młodych psów brylujących w rękach handlerów na ringach.
Warunek hodowlany – gdy dom „nie jest z gumy”
Problemem każdego Domowego Hodowcy jest pewien niuans hodowli – i życia ogólnie – a mianowicie fakt, że wszystko się starzeje. Początkujący Hodowca ma suczkę, ewentualnie też samca, miot jeden drugi, zostawi sobie z tego miotu kolejną suczkę. Zanim suczka dorośnie rodzice się zdążą zestarzeć – więc są już dwa weterany i młoda suczka hodowlana. Przydałoby się coś po niej zostawić, bo ona też zaraz się zestarzeje. Może dokupić samca, dla rozszerzenia krwi w linii, albo kolejną suczkę? A może zostawić samca z naszym przydomkiem, przecież taki może być najlepszą reklamą. Ale chwila – ile tych psów już mamy – tu weterany, które żyją i żyją (czasem emeryturka trwa drugie tyle co ich lata hodowlane – z czego każdy Domowy Hodowca się oczywiście cieszy), tu kilka młodych psów i w zasadzie mamy już we własnym domu liczbę podchodzącą pod 5-7 osobników. A przecież kolejne pokolenie zaraz nam się „zweterani” , powinniśmy zostawić jakieś młode, ale DOM NIE JEST Z GUMY.
Zaczynamy być przytłoczeni ilością obowiązków, bo jednak 5-7psów na jedną osobę to już sporo, każdy pies wymaga atencji, a młodzież dodatkowo pracy szkoleniowej.
Dochodzi też ekonomia – nie ma miotów nieustannie, a każdy z psów potrzebuje zjeść, wszystkie potrzebują opieki weterynaryjnej, której koszta wciąż windują w górę. Zatem dosyć szybko taki Hodowca dobija do brzegu i Voyage dobiega końca. Hobby pożera zbyt wiele z budżetu domowego i staje się powoli przykrym obowiązkiem, zamiast przyjemnością.
Ratunkiem jest tu wyjście w postaci Hodowanie „na warunek hodowlany” – jest to furtka, którą pozwala nam stosować Związek Kynologiczny w Polsce, dzięki której pod naszym przydomkiem może hodować osoba nie będąca właścicielem hodowli. Zatem możemy zaprzęgnąć do pracy hodowlanej rodzinę, przyjaciół – oni mają własne stado kilku psów, my własne, wszystkie rodzące szczenięta posiadają jeden przydomek hodowlany i zwykle wywodzą się z jednej linii hodowlanej – i dzięki temu zabiegowi „jest w czym rzeźbić” z punktu widzenia inżynierii hodowlanej, mimo że realnie utrzymujemy osobiście tylko kilka psów, żyjących w naszym domu.

Dodam, że znakomita większość hodowli zrzeszonych w Związku Kynologicznym w Polsce funkcjonuje właśnie na takich zasadach. Dlatego właśnie, ponieważ nie jesteśmy wielką profesjonalną hodowlą, gdzie kennele są wielkości obór, nie jesteśmy rozliczani jak rolnicy. Hodowla psów w takim rozumieniu to hobby, dodajmy drogie hobby, a nie głównie źródło utrzymania rodziny.
Podsumowanie – czym naprawde jest „Mała Domowa Hodowla”?
Podsumowując – dla „zwykłego zjadacza chleba”, który chciałby pieska do kochania, a nie hodowli, na pewno wygodniejszym moralnie wyborem będzie zakup szczenięcia z małej Hodowli Domowej, z kilkoma psami na stanie, gdzie często żyje babcia, matka a czasem i ojciec szczeniąt. Ludzie chcą mieć poczucie, że nie przykładają się do cierpienia zwierząt, że rodzice ich szczenięcia żyją w taki sposób jak oni sami utrzymają swojego psa. I jest to postawa jak najbardziej pozytywna i poprawna etycznie.
Tylko musicie pamiętać, że ta „Mała Domowa Hodowla” – to często kilka a nawet kilkanaście psów w domu, w domu przystosowanym do hodowli, z pomieszczeniami, gdzie stado może być i takimi, gdzie nie wchodzi bez nadzoru, z ogródkiem podzielonym na strefy, bo swojej bezpiecznej przestrzeni potrzebują zarówno szczenięta, jak i weterani. Nie ma nic złego w kojcach na ogródku, które służą psom do dziennego wypoczynku na świeżym powietrzu. Tak po prostu wygląda mała hodowla, gdzie wszystko obsługuje sam właściciel hodowli, sam karmi psy, sprząta kupy, sam odchowuje mioty i co bardziej szalony – sam szkoli i prezentuje swoje psy na wystawach psów rasowych. To faktycznie jest ogromna pasja i życie temu poświęcone. I należy to docenić, podziwiać, bo za takim człowiekiem kryje się też wielka wiedza i wielkie serce do psów, które hoduje.

To co zupełni laicy wyobrażają sobie o „Małych Domowych Hodowlach”, myśląc że najlepiej, gdyby to była „mama, tata i szczenięta” – to tak naprawdę nie jest wizja hodowli, nawet małej. To wizja albo przypadkowego miotu, albo początkującego Hodowcy. Czasem uda się Wam trafić w takie miejsce, ale pamiętajcie – każdy Hodowca kiedyś dobije do brzegu i odkryje, że dom nie jest z gumy, a zniszczenia po miotach szczeniąt kosztują więcej niż przychód z tego miotu.
Dlatego część z tych początkujących hodowców, gdy już dobija do brzegu – rezygnuje z dalszego kontynuowania tego szalonego hobby. Wraca do bycia szczęśliwym posiadaczem jednego psa, który nie bije się z całym stadem o rzucony smaczek czy atencję człowieka. Jeden pies a stado psów to także zupełnie inny wymiar funkcjonowania – za którym, przyznam się, czasem mi tęskno.
Druga część, po dobiciu do brzegu, obiera kurs mający na celu umożliwienie dalszego rozwoju hodowli i minimalizowanie strat – czyli dom i ogród przekształca się pod kompatybilny ze stadem, rytm życia też się zmienia tak, by było bezpiecznie dla stada i by dom nie trząsł się w posadach, gdy 7 dużych psów chce harcować.
Tak to Moi Drodzy wygląda i musicie mieć świadomość, że posiadanie stada psów w domu wymaga pewnych zmian w funkcjonowaniu domu i musi nosić namiastkę profesjonalizmu.
Z kolei co do tych ogromnych kenneli, gdzie przebywa kilkadziesiąt a nawet kilkaset psów, gdzie są pełnoetatowi pracownicy, gdzie są magazyny z tonami karmy na paletach – czy to się nam podoba czy nie, trzeba mieć też świadomość, że właśnie takie giganty kreują rasę i mają na nią największy wpływ. Jeżeli u sterów jest prawdziwy hodowca z inżynierską wizją to takie hodowle stają się w krótkim czasie największym potentatem, a ich szczenięta stają się obiektem pożądania – pożądania, które dzięki dużej podaży szczeniąt są w stanie zaspokoić. Dlatego niemalże każdy hodowca, prędzej czy później, zamarzy o kupnie psa od nich.
I tak naprawdę należałoby sobie uzmysłowić, że każda hodowla – czy to domowa czy duża kennelowa – zawsze różnić się będzie od psów utrzymywanych amatorsko w Waszych domach, jako dodatkowy członek rodziny.
Może być też tak, że zasadniczą różnicą między wysokiej klasy hodowlą kennelową a hodowlą domową może być jedynie to, że hodowca domowy nie posiada zatrudnionych pracowników i wszystko wokół psów robi sam oraz że trochę trudniej kupić u niego szczenię, bo mioty są rzadziej, czyli bywa, że trzeba poczekać. Bo duża hodowla może mieć naprawdę świetne warunki utrzymywania psów…
Widziałam bajecznie piękne ogromne kennele w USA, czy w Europie, gdzie psy mają zajęcia z trenerami, handlerami, mają swoich stałych groomerów i osoby od wyprowadzania na spacery, jak i przykre dla mnie widoki, przypominające schronisko dla bezdomnych psów.
Wszystko zależy od głównej idei jaka przyświeca Hodowcy, tj. czy posiadanie hodowli ma być głównym źródłem utrzymania domu od samego początku czy ma być pasją i inwestycją w tę pasję.
I tu ewidentnie clue stanowi też moc kapitałowa Hodowcy – budujemy Hodowlę w sposób jak najbardziej profesjonalny, z założeniem jednak sporych inwestycji w psy, tak by zgadzało się to z naszą etyką wobec zwierząt.
Zdecydowana większość Hodowców w Polsce, w tym ja, hoduje po domowemu, z pomocą rodziny współhodującej, a ich marzenia skupiają się na domowych udogodnieniach minimalizujących straty po każdym miocie w domu.
A co z tymi weteranami ?
A co z tymi weteranami ? Jeżeli człowiek całe życie opiekuje się tymi zwierzętami samodzielnie, wychowuje i szkoli, pokonuje różne problemy wychowawcze i zdrowotne, prezentuje je na wystawach, odchowuje mioty, jeżeli ten pies ma silną relację z domownikami – to po prostu nie jest możliwym oddać takiego psa na starość, „żeby miejsca nie zawalał” , ponieważ większość z nas jest silnie związana emocjonalnie z tymi psami. One stanowią ogromną część historii naszego życia!
Wyobrażam sobie natomiast, że jeżeli psy wychowują pracownicy, a Hodowca posiada ich kilkadziesiąt, to nie ma tak silnych relacji z każdym z psów, traktuje je bardziej jak konie w wielkiej stajni, które hoduje się by sprzedać i dlatego łatwiej jest mu poszukać innych domów (niehodowlanych) dla psów emerytowanych, weteranów.
W każdym innym przypadku człowiek popełniałby emocjonalne harakiri na swojej psychice i świadczyłoby to albo o tym, że jest masochistą lub że ma jakieś socjo lub psychologiczne zaburzenia i nie jest zdolny do okazywania uczuć i budowania więzi emocjonalnych.


