Pierwszy poród

Pierwszy poród

Pierwsze szczenięta Peppy kończą dziś 5 dni, najwyższy więc czas napisać parę  słów odnośnie moich wrażeń co do porodu.

Udało się!

W pierwszej dobie życia szczeniąt, dotarło do mnie, że ich narodziny, to spełnienie mojego największego marzenia . Wiem, brzmi pompatycznie, ale to nie jest takie zwykłe „jestem szczęśliwa„. Naprawdę, uświadomiłam sobie, że od 11 lat wszystkie moje życiowe wybory, plany i dążenie zapętlały się wokół jednego – wokół celu, jakim było stworzenie własnej hodowli. Parę godzin po ich przyjściu na świat, gdy siedziałam totalnie wyczerpana (oczywiście głównie psychicznie, fizyczne zmęczenie przyszło po kilku następnych nieprzespanych nocach 😉 ) obok kojca porodowego, zdałam sobie sprawę, że w końcu dopięłam czegoś, co już powoli osadzało się na półce podpisanej „marzenia, które mamy od zawsze, a nie spełnimy nigdy”. Miałam jasność co to tego jak ma wyglądać moja hodowla, co chce robić, z jakimi ideami i pomysłami… już jako 16-latka. Ale tyle się przez ostatnie 10 lat działo, że powoli przyzwyczajałam się, że to marzenie, to tylko gdybanie.

I niby moja intensywna praca nad tym, by właśnie teraz pojawiły się moje pierwsze Rajskie dzieci, trwa już od dwóch lat, to jednak, gdy one wreszcie są już obok, jestem w szoku.

– „Udało się!”

Pierwszy poród.

Cała ta ciąża była dla mnie wielką próbą. Zderzeniem mojej wiedzy teoretycznej (inżyniera hodowli zwierząt towarzyszących i dzikich) z praktyką. Nie ukrywałam ekscytacji, nawet nie próbowałam. Zresztą, ja od początku swojej kynologicznej działalności preferuję bardzo przejrzystą dokumentację, dostępną dla wszystkich, niż działania po cichu, tak by nikt o niczym nie wiedział. Niektórzy mają satysfakcję z tego, że uzyskanie informacji o tym ile mają psów i co się z nimi dzieje, graniczy z cudem. Ich sprawa – może boją się krytyki aż tak bardzo? Ja nie mam czego ukrywać. Wręcz przeciwnie – jestem dumna z tego co i jak robię. A ponieważ w swoim życiu przeszłam już niejedno, żadna krytyka mnie już nie wzruszy. Frustratów zwyczajnie ignoruję, tak jak bokser ignoruje jazgoczące 2kg psisko – bo tylko równy przeciwnik  jest godny jego odpowiedzi. A ci silni zazwyczaj tyle nie jazgoczą… . 😉

Nastawiałam się na „przygodę”. Że będę mogła się sprawdzić jako położnik – hodowca, przeżyć to wszystko. Niestety, nie zawsze jest tak kolorowo.

Po co tak przeżywasz? Wiejskie suki rodzą same i jakoś nie mają komplikacji!

A to słyszałam od „nie psiarzy”, głównie w pracy, gdy umawiałam się na urlop na czas porodu i połogu. Kręcili głowami i zalewami mnie przykładami Pusi, Lusi i innych suk wiejskich, które same urodziły, same wychowały i nic im nigdy nie było. Oni opowiadali o pojedynczych przypadkach, na podstawie których wysnuli takie wnioski. Moje statystyki opierają się na dziesiątkach miotów, różnych ras psów, hodowanych przez znajomych, dlatego moje pojęcie o tym, ile po drodze nieszczęść może się wydarzyć było dla nich jak drugie dno, którego nie wiedzieli. Poza tym, też pochodzę ze wsi, widziałam wiele „Perełek” i ich szczeniąt. Pamiętam nie jeden upadek (śmierć szczenięcia lub całego miotu) czy zejście suki podczas porodu. To nieprawda, że suki mieszańcy nie mają komplikacji. Przykra prawda jest taka, że nikogo, prócz wiejskich dzieci, to nie wzrusza… .

Na zimne dmuchaj.

Nastawiałam się pozytywnie – że zrobię wszystko jak należy, a poród będzie wzorcowy i będzie można z niego robić instrukcje na kanał youtube! 🙂 Ale z tyłu głowy, wiedziałam ile się może zdarzyć po drodze i ciągle trzymałam rękę na pulsie. Moim pulsem był telefon do naszego lekarza wet. prowadzącego ciążę od początku – wet. Rafała Koralewskiego, kolejnym były dwie bardzo czujne dobre duszyczki – moja wspaniała kynologiczna przyjaciółka Ola Garbacz oraz moja kynologiczna teściowa – Pani Hania. Momentami telefon się grzał. 🙂 I jestem im bardzo za to wdzięczna – za dopytywanie, co się dzieje na danym etapie, na co uważać i czego się wystrzegać. Ich doświadczenie jest dla mnie potęgą.
Dodać też muszę, że w zasadzie wielu było zainteresowanych i pozytywnie kibicujących. Za co tez dziękuje. 🙂

Bokser to pies uczłowieczony.

Po tym jak bokserka przeżywa ciążę widać doskonale, jak bardzo różnią się te psy od innych ras. Większość suk, kieruje się instynktem. a co robi bokserka? Gdy złapał ją pierwszy mocny skurcz dosłownie wskoczyła mi na kolana! I tak spędziłyśmy całą noc – Peppa się nie kładła, co skurcz pchała się na moje kolana szukając we mnie ratunku. Bokser to pies wyjątkowo mocno zdomestyfikowany, jego naturalne instynkty są zdecydowanie bardziej wygaszone, niż u wszystkich znanych mi do tej pory ras psów. Pierwszy raz widziałam takie zachowanie u suki rodzącej. Jej oczy błagalnie się we mnie wpatrywały. Nie pytajcie jakie miałam wyrzuty sumienia. Prawda jest taka, że taki był cel stworzenia psa domowego – uzyskanie zwierzęcia, które nade wszystko zaufa człowiekowi.

Nie mogłam tej nocy zasnąć ( nie żebym nie chciała, ale Peppa mnie budziła co skurcz) i pamiętam, że w tamtej chwili, zabolało mnie jak nigdy dotąd, wspomnienie wszystkich okrucieństw, jakich ludzie dopuszczają się wobec psów. Zwierzę, które zwierzęciem się nie czuje, które ma się za członka ludzkiej rodziny, posiadające mentalność dwulatka. Tak się składa, że mam dwóch synów, dla tych którzy dzieci nie mają wyjaśnię, że najsłodsze dziecko świata to właśnie takie w okresie 1,5-3 lata. I teraz pomyślcie – przywiązać w lesie do drzewa słodkiego, ufnego do bólu i kochającego do granic możliwości psiego dwulatka i odejść tak po prostu, skazując go na straszne męki psychiczne i fizyczne oraz powolną śmierć. Wyłam jak bóbr. 
Człowiek niestety często bawi się w boga, błądząc jak dziecko w  ciemnościach – nie mając pojęcia czego dokonał i tym samym, nie biorąc za to pełnej odpowiedzialności. Traktujemy zwierzęta jak własność, rzecz, tymczasem stworzyliśmy im inny sposób egzystencji, inną świadomość własnego „ja”. Dlatego zupełnie mnie nie boli określenie, że to moja „psia córka”. Mało w niej z psa.

Kiedy należy sobie odpuścić

Bardzo mocno walczyłam o naturalne rozwiązanie ciąży. Pierwsze skurcze zaczęły się w czwartek 04-05.2017 w nocy. W piątek nad ranem temperatura ciała Peppy spadła do 36,5st. co jest sygnałem zbliżającego się porodu. Suka jest gotowa i czeka na gotowość szczeniąt. Skurcze już nas nie opuszczały, ale czop śluzowy odszedł dopiero w sobotę nad ranem (04:00). To oznaczało, kolejną nieprzespaną noc przez panikującą Peppę. Więc kawa za kawą, oczy jak sowa i do dzieła. Ok godz. 13:00 odeszły jej wody, czyste. Zaczęły się skurcze parte. Początkowo wszystko szło ładnie. Przez moją dodatkową stymulację, o mało co nie urodziła pierwszego szczenięcia o godz. 16:00. O mało co? Ano tak, bo wyszedł cały pęcherz z wodami, spodziewałam się, że gdy pęknie, zaraz za nim ślizgnie się jego właściciel – szczenię nr 1. Tak powinno się stać. Ale moja suka, moja „córcia” naprawdę wiele cech „odziedziczyła po mamusi”, (nie wiem jak to się dzieje ?! ), w tym fizjologie pierwszego porodu. Otóż, tak jak podczas mojego pierwszego porodu, po odejściu pęcherza płodowego z wodami nastąpił… zanik skurczy partych! I o ile ja, miałam swoją położną, która mnie instruowała co i jak robić, o tyle Peppa miała do pokonania barierę językową. Była wyczerpana, ja nie byłam w stanie jej wytłumaczyć, że nie ma wyjścia, trzeba przeć bez pomocy natury. Sama wywoływałam jej skurcze i już nawet widziałam dupkę pierwszego malucha. Ale niestety Peppie brakowało już sił, maluch się cofał. Oksytocyna, którą jej podałam na niewiele się zdała. Maluch się zaparł i już nie wracał do kanału rodnego. Przeszło mi przez myśl, że może wszedł mu w drogę drugi szczeniak. Moje przeczucia za chwilę się potwierdziły, bo chwile potem wyszedł kolejny pęcherz, drugiego szczylka, tym razem zielony, co oznaczało, że łożyska zaczęły się odklejać i dzieciaki już się powoli duszą. Pakując Peppę do samochodu miałam jeszcze szybkie konsultacje, wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że nie ma co dalej suki męczyć i trzeba jechać na cesarkę. Czułam się trochę podłamana, że nie dałam rady jej pomóc, choć w rzeczywistości chodziłam na rzęsach… . Zranione ambicje rzuciłam na bok, trzeba było ratować dzieci!

Podrzutki

Było USG potwierdzające ciąże, potem RTG, bo bardzo chciałam wiedzieć, czy mam się bać ogromnej liczby dzieci, czy spać spokojnie. Oba mówiły „są 4, może 5”. Pan Rafał wyjmował maluchy, ja je „oporządzałam” z pomocą Kamila Kozła, który również załapał się na asystenturę. 😀  Zamotałam się.

-„Zaraz zaraz…raz, dwa, trzy…. pięć. To już wszystkie?”

-„Nieeee….” – po czym wręczono mi jeszcze DWA maluchy! Śmieliśmy się, że te dwa białaski to takie pasażerki na gapę. Ale fajnie, że są. 🙂

SIEDEM szczeniąt, wszystkie byczych rozmiarów. O ile ja miałam do urodzenia jedno dziecko, Peppa miała aż 7. Nawet gdyby to pierwsze szczenię urodziło się naturalnie, nie było szansy, by przy takiej fizjologi porodu moja suka urodziła wszystkie szczeniaki. Ważyły od 450g do 515g.

Kloce.

Kurczaki z promocji z Biedronki?

Obawiałam się reakcji Peppy. Kurczę, pierwsza ciąża, zależało mi, żeby zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi, rodząc naturalnie. A tu doświadczenia typu : „boli”, „idę spać”, „budzę się, a tu kurczaki z  biedronki”. Zaczęła się wybudzać w drodze do domu, ale nie była jeszcze w pełni świadoma, gdy położyłam ją w kojcu. Zasnęła, a maluchy ją doiły. Obudziła się po dwóch godzinach, o 00:30. Chyba przez chwilę naprawdę się wahała, czy to aby nie jakieś promocyjne kurczaki z wyprzedaży z  Biedronki, które mama przywiozła. Wąchała zadziwiona, ale nie lizała. Całą noc, po każdym karmieniu masowanie brzuszków należało do mnie. Trzecia doba bez snu, hardcore – jedenasta kawa? „No ładnie, czyli sprzątańsko też będzie dla mnie”.

Noc  minęła mi na ważeniu bąbli, higienie maluchów, intensywnym karmieniu i pojeniu Peppy (gotowałam specjalny rosół dla niej ok 01:00), oraz wyprowadzaniem jej na siku. Co 1,5 godziny budzik w telefonie, żeby je dosadzać. Rano to już nie pobudka, to zmartwychwstanie.

Nie taka straszna cesarka, jak ją piszą

 

To czego bałam się najbardziej, to:

a) brak świadomości u Peppy, tego co się stało. To zwyczajnie okrutne, nie być świadomym macierzyństwa.

b) brak laktacji. To byłby koszmar.

c) brak instynktów opiekuńczych wobec szczeniąt. To byłby koszmar x2.

Jednak najczarniejsze scenariusze się nie ziściły.  Instynkt macierzyński działa.

Peppa dużo pokarmu miała już na 3 doby przed porodem, a częste dostawianie dzieci, intensywne pojenie i karmienie podtrzymało ładną laktację. Nad ranem, odpaliły jej się wszystkie matczyne instynkty. Masowała brzuszki, sprzątała kupki, a gdy któryś maluch pisknął, ta patrzyła na niego przerażona i piszczała razem z nim! To mnie rozczulało najbardziej. Była niesamowicie uważna podczas poruszania się między nimi. „Ufff… jest nadzieja!”.

Dziś mija 5 doba od ich narodzin, przybierają na wadze wzorcowo. Peppa wciąż czujnie ich dogląda, a ja już nawet trochę spałam. Może sam poród nie wyglądał tak, jak sobie to zaplanowałam, za to już wszystko co potem idzie jak z płatka. I oby tak do końca. 🙂

 

Paradise Spirit Kennel